W sobotnią noc, 29 marca, w cieniu palm i szumie oceanu, przestało bić serce jednej z najjaśniejszych gwiazd telewizji XX wieku. Richard Chamberlain – aktor, którego nazwisko dla milionów oznaczało jakość, wzruszenie i klasę – odszedł w swoim domu w Waimanalo na Hawajach, mając 90 lat. Przyczyną śmierci były powikłania po udarze.
Jego twarz na zawsze pozostanie zapisana w pamięci widzów jako obraz miłości niemożliwej – ojca Ralpha z „Ptaków ciernistych krzewów”. Ale Chamberlain był o wiele więcej niż tylko jedną rolą. W każdej kreacji – od „Dr Kildare” po „Szoguna”, od „Hrabiego Monte Christo” po „Trzech muszkieterów” – pokazywał wachlarz emocji, który nie wymagał słów. Wystarczył gest, spojrzenie, niedopowiedziany smutek lub zawadiacki uśmiech.
Zdobywca trzech Złotych Globów, aktor teatralny i filmowy, śpiewak, malarz. Richard Chamberlain był człowiekiem totalnym – tak jak jego role, tak i on sam nie dawał się zaszufladkować.
Choć długo skrywał swoją tożsamość, w późniejszych latach życia stał się ikoną odwagi i życia w zgodzie ze sobą. Nie potrzebował już czerwonych dywanów. Zamiast tego wybrał spokój, harmonię i miłość. Hawaje były jego azylem – i to tam rozpoczął swoją ostatnią podróż.
Jego były partner, Martin Rabbett, który przez lata był jego opoką, napisał po śmierci aktora:
„Miłość nigdy nie umiera. Nasza miłość jest pod jego skrzydłami, unosząc go ku jego kolejnej wielkiej przygodzie.”
Fani z całego świata żegnają aktora w mediach społecznościowych – wspomnieniami, archiwalnymi zdjęciami, cytatami z ról, które zmieniały ich życie. Bo Richard Chamberlain nie był tylko aktorem. Był emocją. Był elegancją. Był sercem epoki, w której telewizja potrafiła poruszyć duszę.
Dziś świat jest uboższy o jednego wielkiego artystę. Ale jego twarz nadal świeci – z ekranów, z pamięci i z serc tych, którzy go pokochali.
Spoczywaj w pokoju, Richard.




